Facebook YouTube
https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-0/29214501_1852402368391027_1458204408457199616_o.png?oh=b1115d0aabb249e48f7cf5331c63815e&oe=5B3E279E
« wróć do Recenzje
  • 23-01-2013

    "Django" Quentina Tarantino

    recenzja

    Fajny film widziałem - tak parafrazując klasyków można opisać jednym zdaniem najnowszy film Quentina Tarantino Django. Reżyser ten uwielbia mierzyć się z konwencją. Nic więc dziwnego, że po dramacie wojennym, filmie gangsterskim, czarnym kryminale czy kinie samurajskim, tym razem przyszedł czas na western.

    Filmy Tarantino to nie tylko podróże po gatunkach filmowych, ale też swoista podróż w czasie. I tak też jest z nowym filmem tego reżysera. Już od pierwszej sceny z logo wytwórni filmowej, miałem wrażenie, że oglądam w kinie to, czego już dawno nie widziałem. Od pierwszej sceny filmu, od pierwszych napisów pojawiających się na ekranie miałem wrażenie, że to film nie z tej epoki. Że raczej pochodzi z czasów, gdy kinem w mniejszym stopniu rządziły rankingi oglądalności.

    Już sam tytuł nawiązuje do spaghetti westernu z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego roku w reżyserii Sergio Corbucciego. Tamten obraz uważany był za jeden z najbardziej brutalnych w historii tego gatunku. W swoim filmie Tarantino podtrzymuje tradycje. W filmie z lat sześćdziesiątych główny bohater, to tajemniczy „przybysz znikąd” szwędający się po najdzikszym zachodzie, wszędzie ciągnąc za sobą trumnę. We współczesnej wersji reżysera „ Bękartów wojny” Django, to czarnoskóry niewolnik, który zostaje uwolniony przez Doktora Kinga Schultza, aby pod okiem tego niemieckiego łowcy nagród wprawiać się w polowaniu na bandytów. Jednak Django ma inny, najważniejszy cel. Chce znaleźć i uwolnić swoją żonę. Doktor Schultza czując odpowiedzialność za byłego niewolnika postanawia mu pomóc. Warto tu wspomnieć, że żona, o której uwolnienie tu idzie, ma na imię Brunhilda, nazwisko Von Shaf, jest murzynką i świetnie włada językiem Goethego. Czyli już tylko po tym możemy być pewni, że jesteśmy we właściwym miejscu i oglądamy film Tarantino.

    Film Django to hołd złożony przez reżysera gatunkowi jakim jest włoski spaghetti western. W jednym z wywiadów – cytat za miesięcznikiem Film – Tarantino zapytany o reżysera, u którego chciałby zagrać, upewnił się najpierw, czy może to być reżyser nieżyjący, a potem odpowiedział bez mrugnięcia okiem: Sergio Leone. Czyli wiadomo skąd reżyser „Bękartów” czerpał inspiracje. Tarantino czerpie pełnymi garściami z konwencji włoskiego westernu.

    W filmie pełno jest przemocy, okrucieństwa. Ale nie brakuje tu też pięknych pojedynków słownych, oprócz tych na karabiny, rewolwery czy dynamit. Western w ciekawy sposób rozprawia się z amerykańską traumą niewolnictwa. Bardzo intrygującą postacią jest Stephen, czarnoskóry zarządca majątku, który uzależnia od siebie białego Pana. Jest też w tym filmie tarantinowski humor, czego przykładem niech będzie scena z Ku Klux Klanem, gdy jego członkowie zastanawiają się nad zasadnością noszenia masek na twarzy.

    Django to z pewnością film, który obejrzeć warto. Przynajmniej dla rewelacyjnie dobranych aktorów, czy dla interesującej jak zawsze u tego reżysera, ścieżki dźwiękowej. Utwór tytułowy, który rozbrzmiewa w początkowych minutach filmu, zostaje w głowie na długo.

    Autor : Com

« wróć do Recenzje

Pogoda

Newsletter

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do naszego newslettera, a otrzymasz porcję najświeższych informacji

Nasi partnerzy